morrigan blog

Twój nowy blog

Śpieszę się. Myślę. Drżą mi ręce i serce. Doglądam cieplarki jak kwoka piskląt. I wreszcie jest. Identyfikacja. Antybiogram. Wykręcam numer. Krótki dialog:
- Patologia, słucham
- Bakteriologia, jest już wynik Nowak, córka Ewy
- Już nie potrzeba.

Odkładam słuchawkę.
Słowa są ułomne.
Nienawidzę słów.

Znów jest wiosna, choć wciąż w to nie wierzę. I znów zielenieją mi oczy.

 
Uczę się pisać od nowa. Sztywne, nieposłuszne palce potykają się na klawiaturze. Niemożliwe, że kiedyś tak łatwo znajdowałam słowa. Przesypywałam je niedbale, jak piasek całymi garściami. Lekkomyślnie łamałam. Rzucałam na wiatr. Niezmiennie pewna swojej władzy. Zawsze przychodziły na zawołanie, jak posłuszne psiaki łasiły do kolan. I nagle znikły. Wołam je boleśnie osamotniona wciąż od nowa. Na próżno.  Muszę je wydrapywać z siebie, wyrywać z cebulkami, szarpać. Do krwi, do łez. To boli. Ale tylko tak mogę je odzyskać. I dlatego znów tu wracam.  

I dlatego, że jest wiosna.  A ja mam zielone oczy. 

I dlatego, że ktoś to czyta. 

Dziękuję.

Zanim zacznę poszukiwać w szafie złośliwe skrytej sukienki, zanim odkryję, że ulubionym szpilkom od dawna trzeba wymienić fleki i zanim złamię przynajmniej ze dwa od miesiąca hodowane paznokcie; taką właśnie czerwoną linią odetnę się od wszystkich  niepowodzeń. Nie ma prawa przekroczyć ze mną północy żadna zła myśl i fałszywe uczucie. Żadne złudzenie, które trzeba będzie rozwiać i żaden smutek, który trzeba będzie z wysiłkiem rozpraszać. Niech przyszłość będzie czystym zeszytem, w którym bez błędów i poprawek zacznę pisać od nowa.

Niech nam wszystkim ten rok przyniesie tylko to, co jest dla nas dobre. Niech pozwoli nam kochać i wybaczać nie zapominając o naszej godności. Niech nas nauczy jak pokonać przeszkody, które sami budujemy. I niech nam przyniesie spełnienie marzeń, o które tak długo walczymy. 

I do licha, niech mi dziś nie pójdzie oczko w pończosze i tusz niech mi się nie rozmaże (ja już to zrobiłam wystarczająco). 

Szczęśliwego Nowego Roku nam wszystkim!

Żal po śmierci zwierzęcia wydaje się byc czymś wstydliwym. Gorszym. Czymś, z czego człowiek musi się tłumaczyć. Co najlepiej ukrywać, by nie stać się śmiesznym. Zbędną czułostkowością. Sentymentalizmem. 

A przecież trudno o miłość tak czystą i bezinteresowną. Zwierzę kocha się za to, że jest i pozwala nam się kochać. 

Gdybym wierzyła w anioły, powiedziałabym, że Inka była aniołem. Pojawiła się, gdy byłam smutna i zagubiona i wypelniła sobą lukę w moim sercu. Miekka, łagodna, ufna i nieśmiała nie oczekiwała niczego, oprócz kawałka serca, pełnej miseczki i czystej wody. Odeszła za wcześnie. Uleciała z wiatrem na tęczowy most, a mój dom opustoszał, bo nie ma w nim już tupotu małych łapek. I żaden wścibski pyszczek nie śledzi moich kroków z nadzieją na pieszczotę. Bez swojego opiekuńczego duszka dom nie jest już domem. Jest tylko mieszkaniem. Cztery sciany, sufit i zimna podłoga.

A ja skulona przy pustej klatce nie mogę przestać płakać.

Migawki#2

4 komentarzy

Ogród botaniczny. Październik. 

Ojciec do nastoletniego syna:  I widzisz, synu, teraz mi się tu podoba, bo nie ma tych cholernych kwiatków. 

Neofobia

1 komentarz

Ten, który stale jest szczęśliwy, musi się często zmieniać

(Konfucjusz)

Znów potłukła się moja ulubiona filiżanka.  Pozbierałam troskliwie skorupy, już miałam je posklejać, tak jak poprzednio, i jeszcze wcześniej… I nagle uświadomiłam sobie, że przecież i tak nie była już ani piękna, ani ulubiona… Ba, że brzydota jej wyszczerbionych brzegów, popękanych ścianek, od dawna mnie drażniła. Że przeciekała i parzyła ręce… Wyrzuciłam więc wszystko do kosza i odetchnęłam z ulgą.   

Pora otworzyć szeroko okna. Niech jesienny wiatr owieje wszystkie kąty.

Tymczasem moje nadwyrężone lekami serce od kilku dni nie pozwala mi zapomnieć o swoim istnieniu. Zamiera na chwilę w bezruchu, a potem nadrabia stracony czas poruszając się gwałtowną, pośpieszną serią bezsensownych skurczy. Czasem staje się balonem grożącym pęknięciem, krew przelewa się w jego wnętrzu, kotłuje, rozdyma je, a ja zjeżdżam w dół ciemnego szybu. I nigdy nie udaje mi się powstrzymać kilkusekundowej paniki. Jak w dzieciństwie, kiedy bałam się jeździć windą.

 

Skapitulowałam. Do swojej codziennej porcji leków dorzuciłam następne. Tymczasowo jak sądzę. „Przez dwa tygodnie dwa razy dziennie po jednej, a potem się widzimy. Oszczędzać się, dużo wypoczywać.”

Rozkaz, panie doktorze.

Dziękuję za usprawiedliwienie mojej neofobii.

 

Powrót

2 komentarzy

Wróciłam. I tak dziwnie mi jest, jakbym już nie należała do tego miejsca i czasu. Jakby jakaś część mnie na zawsze pozostała tam, gdzie zapach słońca i pomarańczy. I wciąż nie jestem w domu. A przecież skądkolwiek wracałam, most spinający dwa brzegi Wisły, zawsze był bramą. I tu, na jej prawym brzegu, zaczynał się dom.

Wyjeżdżałam w środku upalnego lata, gdy moje miasto więdło w skwarze jak nietrwały kwiat. Wróciłam w deszczu, skulona z zimna, z zapachem spalin wżartym w skórę. Wróciłam… I nie wiem, po co?

 

Bo nikt na mnie nie czekał.

 

Brąz van Dycka, mieszanina węgla brunatnego, asfaltu i tlenków żelaza. Niestabilny, szarzejący na świetle pigment. Nazywany też brunatem kaselskim.

Otwieram pudełko pasteli. Na pozór barwny chaos. Te najczęściej używane są starte, w kilku egzemplarzach, poprzełamywane kilkakrotnie. Wszystkie moje błękity i zielenie – pruski, kobalt, zieleń majowa czy premanentna… Te, po które sięgam rzadko, pojedyncze, prawie nieskalane. Wśród nich surowa sjena, zielonoszary, brunat kaselski…

Ale dziś, gdyby wolno mi było użyć tylko jednej barwy, byłby to brąz van Dycka. Ciężki, ziemisty, przytłaczający jak jesienny smutek w środku lata. Kolor urodzajnej gleby pozostawionej odłogiem. Kolor oczekiwania, kiedy nie ma już nawet na co czekać. 

Dlatego odkładam pudełko. 

 

Któregoś dnia wieczorem spojrzałam nagle przez szeroko otwarte okno w niebo. Miało kruchość porcelany. Płatki herbacianych róż rozwijały się płonąc na tle chmur. Akwarela o rozmytych konturach. Idealna.

 
Co jeszcze straciłam, zbyt zajęta patrzeniem pod nogi?  

Migawki #1

4 komentarzy

Siódma rano. Przysiadłam na chwilę na ławce koło fontanny. Kiedy uśmiechałam sie na widok młodego kosa usiłującego wyczyścić oba skrzydełka na raz, dosiadł się do mnie pan w średnim wieku i kraciastych spodniach. Popatrzył na mnie, na kosa, znów na mnie i zagaił:

- Pani taka wesoła, a ja jestem smutny, bo nie mam żony

No i nie wiem do teraz, czy to była propozycja?


  • RSS